Suntuubi-palvelussa käytetään evästeitä. Palvelua käyttämällä hyväksyt evästeiden käytön. Lue lisää. OK
303112345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930123

RSS

 19.07 - Dookola Oahu
19.07.2009 16:12 | J

Dzien rozpoczelismy tak jak sie to powinno zawsze robic – sniadankiem w hotelowej kawiarence. Nasz hotel mial restauracje i kawiarnie i dostalismy kupon na 2 sniadania w restauracji i 1 w kawiarni. Lubie bardzo amerykanskie buleczki z dziurka (bagel), ale jednak nie ma nic lepszego niz zytni chleb. Taki jak w domu.

Po sniadaniu wyszlismy na zewnatrz. Mial po nas przyjechac busik. Wykupilismy bowiem poprzedniego dnia wycieczke o nazwie „Krolewskie Okrazenie” – czyli podroz dookola wyspy Oahu.

Nasz kierowca byl bardzo rozmowny. Mowil tak duzo, ze w pewnym momencie zupelnie sie wylaczylam. Zostalam ofiara tzw. nadmiaru informacji czyli w zargonie komputerowym „information overflow”. Z drugiej strony, nie ma sie czemu dziwic. Kierowcy wycieczek nie dostaja normalnej pensji – zyja glownie z napiwkow. Staraja sie wiec dbac o podroznych...

Okrazenie rozpoczelismy od lokalnego Beverly Hills – dzielnicy Kahala, w ktorej mieszkaja ludzie o grubych portfelach. Wiele razy wiec slyszelismy „oh, ach i wow” – szczegolnie, gdy kierowca wymienial ceny poszczegolnych posesji. Troszke to bylo smieszne, przynajmniej dla mnie, wiec nie sluchalam zbyt dokladnie – ogladalam kwiatki i krzewy.

Jechalismy dalej wzdluz brzegu oceanu (Zatoka Hanauma – Halona – Sandy Beach – Makapu’u). Przystawalismy od czasu do czasu – po drodze podziwialismy kreatywnosc matki natury. Przepiekne formacje skalne, plaze o zlocistym piasku, lasy deszczowe, ktore maja taki specyficzny zapach...

Miejscem, ktore sprawilo na mnie duze wrazenie byla Dolina Swiatyn, a szczegolnie buddyjska swiatynia Byodo-in („Swiatynia Rownosci”). Zostala ona wybudowana na pamiatke pierwszych japonskich emigrantow. Jest ona domem zlotego Buddy Amida, ogromnej pozlacanej statuly. Jak zwykle przed wejsciem do swiatyni musielismy zdjac buty. Budda spogladal na nas swoimi skosnymi oczami i usmiechal sie – jakby wskazujac nam wszystkim droge... Wydawalo mi sie, ze wrocilismy do Kioto. Wyszlam stamtad odprezona i pelna energii.

Nastepnym przystankiem byla farma Kualoa. Jest tam wypelniony slona woda staw rybny i maly ogrod botaniczny. Po raz pierwszy widzialam „na zywo” krzak i ziarenko kawy. W czasie krotkiego rejsu lodka po stawie przewodnik opowiedzial nam legende o smoku, ktory poniosl porazke w walce z boginia wody. Do dzis smok tam lezy – jest skala.

W drodze powrotnej przystanelismy jeszcze na 30 minut przy plantacji ananasow Dole. Oprocz plantacji jest tam sklep, restauracja i maly park. Aha, ananas nie rosnie na drzewach, ani nie jest krzewem :-)

Pearl Harbour mielismy rowniez okazje zobaczyc, ale z pewnego dystansu.


( Päivitetty: 02.08.2009 16:13 )

 - J | Kommentoi



 23.07 – Gracze i obserwujacy
25.07.2009 16:49 | J

Obudzilismy sie o przyzwoitej godzinie. Pierwsza czynnoscia przed sniadaniem byl trening. W hotelu jest niezle wyposazona silownia, wiec spedzilismy tam dobra godzine. Po treningu poszlismy na sniadanie. Przy takim upale w ogole sie nie chce jesc. Z Kelley spotkalismy sie przed kawiarnia Starbucks i wyruszylismy na podboj slynnej ulicy Strip.

Dopiero dzisiaj zrozumialam, dlaczego wczoraj tak sie przeliczylismy idac do Hard Rock Cafe. Tutejsze hotele sa ogromne, kazdy z nich jest malym miastem w sobie. Z drugiej strony nie ma sie czemu dziwic: z 20 najwiekszych hoteli na swiecie 19 znajduje sie w Vegas.

Rozpoczelismy od hotelu Treasure Island przed ktorym stoja dwa statki pirackie i syreny wolajace do przechodniow kilka razy na dzien, a potem poszlismy do przepieknego hotelu Venetian, ktory rzeczywiscie przypomina Wenecje. Maja tam nawet rzeke i plywaja po niej prawdziwe gondole. Na przejscie od drzwi do drzwi wzdluz brzegu rzeki potrzeba gdzies 15 minut. Po wejsciu do srodka znalezlismy sie w zupelnie innym swiecie. Nawet niebo tam bylo niebieskie i pare chmurek  Kawiarnie, sklepy, ulice... Maszyny do gier sa wszedzie.
Nasz hotel jest rzeczywiscie nietypowy, nie ma w nim kasyna.

Oczywiscie czesc wycieczkowiczow chciala wyprobowac szczescia w kasynie. Poszlismy wiec do kasyna Royale. Kelley grala w karty (Black Jack) a Jani w ruletke. Zasada w kasynach jest, ze kazdy grajacy dostaje za darmo drinka. Ja sie tez zalapalam, chociaz bylam tylko biernym obserwatorem. Oboje wyszli na plus.

Nastepnym przystankiem byl hotel Paris, u stop ktorego stoi miniaturka Wiezy Eiffla (140 metrow) a obok kopia Arki Triumfu. Po wejsciu do srodka czekal na nas maly Paryz z uliczkami i napisami po francusku. Trzeba jednak przyznac, ze wszystko tutaj jest zrobione ze smakiem. Vegas to po prostu Vegas, co wiecej moge powiedziec – ten caly klisz po prostu do tego miejsca pasuje. Widzielismy tez kilka Elvisow (ale mniej niz sie spodziewalismy) i oczywiscie wiele pan w sukniach slubnych. Ludzie pija alkohol na ulicy, co w USA jest bardzo rzadkim widokiem. Najciekawsze sa kieliszki w ksztalcie wiezy Eiffla – z zawartoscia gdzies kolo litra. Pare takich i od razu wszystko lepiej wyglada.

Kolacje zjedlismy w indyjskiej restauracji (tradycji wiec stalo sie za dosc – w kazdym miejscu HRC i indyjska). Po kolacji przenieslismy sie do hotelu Bellagio przed ktorym jest male jeziorko a w srodku ogrod botaniczny.

Zrobilo sie ciemno ale Vegas nadal tonie w swiatlach...


 - J | Kommentoi



 22.07 – Las Vegas i Jim Morrison
22.07.2009 16:16 | J

Lot do Vegas mielismy juz rano, wiec nasza pierwsza czynnoscia (oprocz tych fizjologicznych, ktorych opisywac nie musze) bylo spakowanie walizek (znowu) i dojazd na lotnisko. Lotnisko w LA jest ciasne, wiec przyjemnie tam nie bylo. Kolejki na kazdym kroku no i oczywiscie pelno ochroniarzy z bronia. Na sam ich widok czlowiek sie czuje niepewny. Z sentymentem wspominam Narite w Tokio...

Lot do Vegas trwal niecala godzine, wiec podano tylko napoje. Wyladowalismy zgodnie z rozkladem na lotnisku McCarran. Przywitala nas pogoda typowa dla Vegas – slonce i temperatura znacznie powyzej 41 stopni (w stopniach Farenhaita powyzej 100), czyli jak w piekle.
Nasz hotel, Trump, znajduje sie w poblizu slynnej z filmow ulicy Strip, wiec juz po drodze z lotniska widzielismy wszystkie cuda swiata. Hotel jest pod tym wzgledem nietypowy, bo nie ma w nim kasyna. Pokoje sa duze, elegancko wyposazone.

Bylismy umowieni z nasza kolezanka Kelley w kawiarni Hard Rock, wiec postanowilismy pojsc tam pieszo. Troche sie przeliczylismy – dystans byl o wiele dluzszy niz nam sie wydawalo. Szlismy przez 1:15 minut w tym strasznym upale, ale calo dotarlismy. Niestety moje plecy sa innego zdania, znowu mnie przypieklo.

Tutejszy Hard Rock to o wiele wiecej niz restauracja i bar – rowniez hotel i oczywiscie kasyno.
Po obiedzie pojechalismy do centrum Vegas, gdzie znajduje sie hotel Kelley - Golden Nugget. Chwilke spedzilismy na basenie,posrodku ktorego jest wielkie akwarium. W akwarium plywaja dwa rekiny i inne ryby. Pierwszy raz widzialam rekina z bliska i musze przyznac, ze wyraz jego „twarzy” nie byl zbyt przyjazny (szczegolnie ostre zeby).

Slonce zaszlo, ale temperatura spadla tylko o pare stopni. Wieczor spedzilismy chodzac po bulewardzie i sluchajac muzyki. Obchodza tutaj 40 rocznice wyladowania na ksiezycu, wiec zorganizowano tutaj niezly show – na ekranie o dlugosci 500m wyswietlano filmy i reklamy. Muzyka grala caly czas – na glownej scenie wystapil zespol prezentujacy piosenki The Doors. Wokalista wygladal jak Jim, ruszal sie jak Jim i spiewal jak Jim.

Wrocilismy do hotelu po 11 wieczorem – i dobrze, zaczela sie wtedy burza. Takich grzmotow dawno nie slyszalam...


 - J | Kommentoi



 21.07 – Los Angeles
21.07.2009 15:28 | J

Rano (ale nie bardzo wczesnie) wyruszylismy znow w droge. Mielismy dokladnie wyznaczona trase - pierwszym wlasciwym przystankiem bylo miasteczko Beverly Hills, w ktorym mieszka tzw. smietanka towarzyska. Przejezdzalismy obok przepieknych domow, ale zadnych gwiazd show-biznesu nie zauwazylismy.

Jechalismy wzdluz slynnej (-> film Davida Lyncha o tym samym tytule) ulicy Mulholland Drive w poszukiwaniu znaku Hollywood. Dosc dlugo to trwalo, bo droga ta sie ciagnie przez wiele kilometrow. W koncu znak Hollywood znalezlismy – ale uczucia mialam takie, jak po zobaczeniu „Mony Lisy” – wydawal sie o wiele mniejszy, niz w telewizji.

Zaparkowalismy auto w samym centrum Hollywood. Miejsce znalezlismy dosc szybko – podejzane, nie? Rzeczywiscie, trzeba bardzo uwazac parkujac. Miejsce bylo legalne, ale malutki znak informowal, ze we wtorki pomiedzy 12-15 nie wolno parkowac, bo wtedy czyscza ulice. Byl wlasnie wtorek, a zegarek pokazywal godzine 14:30. Szczescie nam dzis nie sprzyjalo i dostalismy mandat za niewlasciwe parkowanie – 60$. Najgorsze bylo to, ze nasze auto stalo w tamtym miejscu niecale 3 minuty. Negocjowac z ciemnoskora pania urzedniczka sie nie dalo. Bardzo nieuprzejmie nam odpowiedziala „Read the sign = czytaj co pisze na znaku”. No coz, mam nadzieje, ze administracja guwernora Schwarzeneggera dobrze te nasze zielone wykorzysta :-)

Odwiedzilismy nastepnie teatr Kodaka i teatr Chinski i przy okazji za mala odplata (5$) kupilismy plyte CD przyszlego Eminema. Gosc byl pewien, ze zostanie gwiazda. Nigdy nic nie wiadomo, ta plyta z autografem moze kiedyc byc o wiele wiecej warta. Zatrzymam ja na pamiatke :-)
Glod zaczal nam dokuczac, wiec znalezlismy najblizszy Food Court.

Bardzo chcielismy odwiedzic rowniez studio Universal, ale czasu mielismy niewiele, wiec inwestycja 150$ wydawala sie zbyt duza. Moze nastepnym razem? Rowniez Hard Rock Cafe nie udalo sie nam zaliczyc.

Po drodze do hotelu przejechalismy jeszcze przez Chinatown, ktore rzeczywiscie wygladalo jak male Chiny – od budynkow do ludzi.


 - J | Kommentoi



 20.07 – Podroz do Kaliforni
20.07.2009 15:26 | J

Budzik wyrwal nas z glebokiego snu juz o 04:30. Spakowani juz bylismy wiec pozbieralismy szybko bagaze, sprawdzilismy jak zawsze, czy przypadkiem nic nie zostalo i zeszlismy na dol. Na lotnisko dojechalismy busikiem – ekologicznie :-) Kierowca dal nam wyklad na temat bezpieczenstwa – oprocz tego, ze obwozi ludzi po Honolulu, rowniez wspolpracuje z policja. Oczy ma na wszystko otwarte. Jesli zauwazy cos podejrzanego, natychmiast powiadamia policje – i podejrzany, zostanie “przygnieciony do ziemi”. To jego slowa. Przykro to stwierdzic, ale slad 9/11 jest wszedzie widoczny.

Formalnosci na lotnisku zalatwilismy szybko mimo dodatkowej kontroli bagazy. W samolocie podano nam sniadanie, bo mielismy przyjemnosc siedzenia w tzw. pierwszej klasie. Osoby podrozujace w klasie ekonomicznej musza za posilek zaplacic. Rowniez przewoz bagazy jest odplatny – 15$ za pierwsza walizke a 25$ za druga. Jak mowi finskie przyslowie, „nie ugryz reki, ktora Cie zywi – moim zdaniem linie lotnicze zapedzaja sie w rog ta cala kampanja oszczednosciowa.

Los Angeles przywitalo nas ladna, sloneczna pogoda. Poniewaz wiedzielismy, ze LA jest ogromnym miastem bez wlasciwego centrum, wynajelismy samochod z GPS:em. Jazda z mapa po autostradach na ktorych jest 6 pasow drogowych w jedna strone nie ma najmniejszego sensu, wiec zdecydowalismy sie wydac te dodatkowe kilka dolarow za wypozyczenie GPSa.

Nocowalismy w hotelu Radisson SAS w poblizu lotniska, w poludniowo-zachodniej czesci Los Angeles. Po zaniesieniu bagazy do pokoju, od razu wyruszylismy w droge – celem podrozy bylo miasteczko Santa Monica, a dokladnie przystan „Santa Monica pier”, znana z wielu filmow, takich np. jak „Forrest Gump” czy „Falling Down”. Ludzi tam bylo jak mrowek, wiec postanowilismy poszukac jakiegos spokojniejszego miejsca na kolacje. Znalezlismy perska restauracje po drodze do hotelu.


 - J | Kommentoi



 18.07 – Waikiki jeszcze raz
19.07.2009 10:52 | J

Spalismy przez przeszlo 10 godzin, a po przebudzniu sie wcale nam sie nie chcialo nic szczegolnego robic. Postanowilismy wykupic jakas wycieczke na jutro, a dzis pojechac do Pearl Harbor. To bylo jednak bardziej skomplikowane niz nam sie wydawalo. Pan, ktory sprzedaje wycieczki byl bardzo rozmowny (nawiasem mowiac, z pochodzenia Szwajcar z Zurychu mieszkajacy od lat w Honolulu). Poza tym wycieczek bylo az tyle, ze mielismy trudnosci ze zdecydowaniem sie. W koncu wykupilismy calodniowa wycieczke, w czasie ktorej objedziemy wyspe.
Co do Pearl Harbor, to niestety tam nie dojechalismy. Czekalismy na autobus przeszlo 15 minut, a przy tym upale to wcale nie bylo przyjemne. Robilo sie juz pozno. Odwiedzajacych wpuszczaja na zasadzie: kto pierwszy, ten lepszy, dlatego wiekszosc wycieczek „startuje” juz przed 7 rano. Wstyd sie przyznac, ale niestety tym razem USS Arizony nie zobaczymy.

Po poludniu poszlismy na godzinny trening (w czasie ktorego spadlo kilka kropli deszczu, ale to tutaj normalne. Pada prawie codziennie). Po treningu oczywiscie poczulismy glod. Wybralismy Cheesecake Factory – restauracje nalezaca do sieci, ktora specjalizuje sie w sernikach (ponad 40 roznych rodzajow), stad tez nazwa (Fabryka Sernikow). Jedzenie jest tam bardzo dobre, a porcje ogromne. Od razu jak kelnerka sie odezwala powiedzialam Janiemu, ze to napewno slowianka. Bylam bardzo blisko prawdy: byla to Polka, ktora wyemigrowala wiele lat temu. Maly swiat. Pogadalysmy troszke po polsku.

Po kolacji wmieszalismy sie po prostu w tlum. Slonce akurat zachodzilo, wiec widoki znow zapieraly dech w piersiach. Na plazy i bulewardzie byly tlumy ludzi.


 - J | Kommentoi



 17.07- Deja vu? – to znowu my!
19.07.2009 03:34 | J

Nie, to wcale nie pomylka: data jest poprawna. Wylecielismy z Nadi wieczorem 17.07 i wyladowalismy w Honolulu rano 17.07. Czyli krotko mowiac, dano nam szanse przezycia tego samego dnia jeszcze raz. Prawie jak w filmie!

Samolot wyladowal przed 7 rano. Kolejki do kontroli paszportowej nie bylo, bardzo nas to zdziwilo, bo normalnie kolejki sa kilometrowe. Gosc zapytal tylko, jaki jest cel naszej podrozy i jak dlugo mamy zamiar spedzic w USA. Rowniez kontrola celna byla szybka, nikt o nic nie pytal. Oj, szkoda, ze nie kupilismy mieszanki napoju „kava” na Fiji...

Do hotelu, ktory znajduje sie samym centrum i w poblizu plazy Waikiki dojechalismy autobusem (9$ od osoby). Waikiki to wlasciwie Miami Beach Honolulu. Cale szczescie nasz pokoj byl juz gotowy. Wzielismy szybli prysznic i poszlismy na sniadanie.

Po sniadaniu poczulismy sie zmeczeni. Czyli wyjscie na miasto nie mialo zadnego sensu. Mala drzemka jest zawsze na miejscu. Obudzilismy sie dopiero po 2 godzinach.

Pierwsza rzecz, ktora nam sie rzucila w oczy – Honolulu wyglada jak male Tokio. Wiekszosc ludzi jest pochodzenia japonskiego, wiec widac to na ulicach. Rowniez napisy sa po japonsku i angielsku. W niektorych miejscach tylko po japonsku!

Jesli ktos lubi robic zakupy, to miejsce dla niego. Kazdy tutaj cos dla siebie znajdzie, niezaleznie od wielkosci (i stopnia napelnienia) portfela. Jesli interesuje Cie Armani, nie ma sprawy, ale jesli chcesz kupic koszule z hawajskim wzorkiem (uszyta w Chinach), to jeszcze mniej skomplikowane. Co do jedzenia, sytuacja jest podobna. Restauracji jest to koloru i wyboru. Mozna tutaj znalezc drogie restauracje (glownie w hotelach), rowniez znane i popularne jak np. Planet Hollywood czy Cheesecake Factory i oczywiscie knajpki w centrach handlowych, gdzie mozna dobrze zjesc za kilka dolarow.

Plaza jest ogromna i przepelniona ludzmi. Niektorzy leza tylko i opalaja sie, czego osobiscie nie rozumiem, ale w koncu kraj ten jest kolyska demokracji... Inni plywaja i duzo ludzi surfuje. Kolor wody jest taki, jak na pocztowkach – przepiekny turkus...

Mamy zwyczaj odwiedzania Hard Rock Cafe, a poniewaz tutejsza HRC jest niedaleko od nas, oczywiscie poszlismy tam na obiado-kolacje. Menu w HRC jest w 90% takie same niezaleznie od miejsca, wiec szkoda czasu na opisywanie w szczegolach. Smaczne bylo!

Wieczor spedzilismy chodzac tylko po ulicach.


 - J | Kommentoi



 16.07 – Urlop nad morzem
17.07.2009 22:05 | J

Nie mielismy zadnych planow – spokojny dzien nad brzegiem morza. Po obfitym (szczegolnie w owoce) sniadaniu wrocilismy do pokoju, przebralismy sie i poszlismy na trening.

Bieganie / chodzenie przy takim upale nie jest nigdy zbytnio przyjemne ale mozna sie do tego przyzwyczaic. A moze rzeczywiscie jestesmy oboje masochistami? Zamiast lezec na plazy z zimnym drinkiem, my sie chcemy pocic. No coz, ja w kazdym razie potrzebowalabym jeszcze kilku dni na przystosowanie sie.

Po sesji fizycznej skladajacej sie z biegu i chodu sportowego, wypozyczylismy reczniki plazowe i poszlismy do sasiedniego hotelu Westlin na basen. W naszym hotelu jest kilka basenow, ale sa najczesciej pelne. Basen Westlinu ma 25 metrow i mozna tam w spokoju plywac. Woda byla chlodna, ale po takiej porcji slonca jaka dostalismy w czasie treningu, kapiel byla bardzo przyjemna.

Troszke pozniej, po poludniu poszlismy do portu Denerau na wczesna kolacje. Tam jednak podawali jeszcze zestawy obiadowe. Tym razem wybralismy restauracje indyjska i potrawy jak zwykle byly bardzo smaczne (i bardzo ostre).

Po obiado-kolacji poszlismy na zakupy – nic szczegolnego, prezenty dla chrzesniakow. A poniewaz zakupy sa bardzo meczace (Jani potwierdzi), poszlismy po zakupach na drinka i deser. Na deser wzielismy sobie smazonego banana i lody (oczywiscie tylko jedna porcje i chyba nie musze wspominac dla kogo). Do popicia MaiTai (ktory mial chyba z 50% rumu) i kieliszek wina.

Nagle grupa ludzi zaczela sie usmiechac do nas – to byla ta sama rodzina z Niemiec, ktora spotkalismy w czasie wycieczki po parku Abela Tasmana. Mieszkali w Nelsonie w tym samym hotelu, o tej samej porze byli na sniadaniu, wybrali ta sama firme przewozowa i ta sama trase po parku i razem wrocilismy. Niesamowite, jaki ten swiat jest maly. Zamienilismy z nimi kilka slow – dowiedzielismy sie, ze sa z Berlina i nastepnym etapem ich podrozy jest Sydney i Singapore. Niesamowite!


 - J | Kommentoi



 17.07 – Dlugie oczekiwanie
17.07.2009 22:05 | J

Uwielbiam podroze, ale siedzenie i czekanie nie nalezy do najwiekszych przyjemnosci. Nasz samolot odlatuje dopiero o 22:30, a poniewaz Sheraton byl przepelniony nie moglismy tam zostac dluzej. Dlatego przenieslismy siebie i walizy do malutkiego hotelu w poblizu lotniska.

Goraco jest dzisiaj strasznie, ale nie chcielismy caly dzien siedziec na miejscu, wiec postanowilismy odwiedzic lokalnego McDonalda. Te 2-3 kilometry wydawaly sie bardzo dlugie, ale znalezlismy ta lokalna specjalnosc. Mielismy nawet zamiar wrocic pieszo do hotelu, ale grzeczny taksowkarz zatrzymal sie i zaofiarowal podwiezienie. Trzeba dac ludziom zyc, wiec sie zgodzilismy ;-)

Oprocz tego nic szczegolnego o przebiegu dzisiejszego dnia nie mam do opowiedzenia. Tak jak juz wspomnialam – oczekiwanie moze byc bardzo wyczerpujace ;-)

Podsumuje jednak krotko nasze wrazenia z Fidzi:

• Tak jak wszedzie w tzw. raju czas ma male znaczenie. Tutaj uzywaja pojecia „Czas Fidzi”. Na kazdym kroku napotkasz slowo „Bula”. Oznacza ono i „Dzien Dobry” i „Czesc” i „Do widzenia”. Maja tutaj festiwale Bula, konkursy pieknosci Bula, autobusy Bula i nawet godzine Bula (to samo co „Happy Hour” gdzie indziej, tylko ze godzina moze znaczyc 2 albo wiecej). Broszury nie zawsze zawieraja 100% poprawne informacje.
• Lokalni mieszkancy sprawiaja wrazenie luzakow, tutaj nikt sie niczym nie przejmuje. Ludzie pozdrawiaja nieznajomych i znajomych na ulicy i TYM slowem jest oczywiscie „Bula”
• Magicznym drinkiem tutaj jest „Kava”, ktora wyglada jak brudna woda i pije sie ja „na ex”
• Jedzenie jest dosyc tanie, wiec oplaca sie jadac w restauracjach. Ceny na karcie nie zawsze sie zgadzaja z cenami na rachunku, ale w naszym przypadku rachunek byl prawie zawsze mniejszy. Wiec nie narzekamy.

„Bula”, Fidzi!


 - J | Kommentoi



 15.07 – Wyspa Robinsona Crusoe
17.07.2009 22:04 | J

Mam nadzieje, ze wiecej takich rankow nie bede musiala doswiadczyc. Otrzymalismy wiadomosc o smierci bliskiego przyjaciela rodziny: ksiedza Hannu, ktory dawal nam slub. Znalismy go przez wiele lat i oboje bedziemy zawsze pamietac jako czlowieka o zelaznych zasadach, swietnym poczuciu humoru i niesamowicie cieplym usmiechu. Wielu ludzi bedzie za nim tesknic.

Kazdy stara sobie radzic z uczuciem smutku na wlasny sposob. Poszlismy na spacer, w rozne strony...

Mielismy juz program na popoludnie: rejs na wyspe Robinsona Crusoe. Autobus przyjechal po nas o 16:15 – jechalismy do przystani Crusoe przez centrum Nadi i mniejsze wioski. Nadi wyglada jak kazde miasto zamieszkale przez przedstawicieli roznych kultur: duzo sklepow, w ktorych mozna kupic wszystko i pstrych kolorow. Sprawialo jednak wrazenie dosc zadbanego.

Po godzinnej podrozy dojechalismy do przystani. Tam juz czekala na nas lodz z obsada. Czesc personelu chyba zaczela probowanie napoju kava juz wczesniej, bo usmiech mieli szeroki ;-)
Na lodke, ktora w Europie zmiescila by moze 15-20 osob, wsiadlo tym razem 50 osob – ale coz, jestesmy na Fidzi, gdzie obowiazuja inne zasady niz w domu. Rowniez pojecie czasu jest inne – tutaj wszyscy mowia „czas Fidzi” – w skrocie: czas nie ma zbyt wielkiego znaczenia...

Poniewaz autobus byl troche spozniony, nie mielismy okazji podziwiac zachodu slonca (byl to jeden z punktow programu). Ale nikt nie narzekal – widoki byly i tak piekne a nasi gospodarze robili wszystko, zebysmy sie dobrze czuli. Ich serenady moze na liscie Bilboardu nie zajely by czolowego miejsca, ale byly od serca – a to sie liczy najbardziej.

Na wyspie juz nas oczekiwano, z daleka widzielismy palace sie ognisko (kociolka nie bylo). Zostalismy ostrzezeni, ze na wyspie nikogo nie beda traktowac jak klienta hotelu 5-gwiazdkowego. Nie ma tam zadnych gwiazdek, oprocz tych co widac na niebie. Toaleta jest, ale glownie przeznaczona dla przedstawicielek plci pieknej. Mezczyzni byli zacheceni z korzystania z toalety natury czyli zwyklych krzakow (mowia na nie oczywicie „busz”, ale zasada ta sama).

Pierwszym punktem programu na wyspie byla tradycyjna ceremonia picia napoju kava. Kava nie ma nic wspolnego z polska mala czarna – jest to napoj przygotowywany ze specjalnego korzenia pieprzu, ktory wyglada jak brudna woda o szarym kolorze i podobno ma dzialanie lekko narkotyczne. Co do tego nie mam zadnych dowodow, ale podobno jezyk po pierwszym lyku traci czucie. Niektorzy z nas byli odwazni i ustawili sie w kolejce – inni znowu robili zdjecia i kontrolowali sytuacje.

Ceremonia wyglada mniej wiecej tak:

Po tym jak miseczka z napojem zostala Ci przekazana, klasnij raz, powiedz „Bula” i wypij wszystko na raz (to bardzo wazne, nie mozna zostawic sobie „na potem” a mozliwosci wylania do doniczki tez nie ma). Po wypiciu trzeba klasnac 3 razy i powiedziec „Vanaka” czyli „Dziekuje”.

Nastepnym „wydarzeniem” byla prezentacja zdolnosci kulinarnych mezczyzn i naturalnego pieca – lovo. Jedzenie pomalutku sie pichci na goracych kamieniach. Okryte jest liscmi i galeziami palmy.
Po usunieciu naszej (przyszlej) kolacji, bylismy swiatkami chodzenia po goracych kamieniach. Wygladalo to niesamowicie! I obylo sie bez dzwonienia po pogotowie.

Na kolacje podano nam warzywa przygotowane w „lovo” i inne lokalne przysmaki. Napoje nie byly w cenie biletu, ale bar byl otwarty. Kieliszek wina (tak pelny, ze pierwszy lyk trzeba bylo wypic przy barze) kosztowal 4.5$, czyli cale 1,5€. Po kolacji zaczal sie przeszlo godzinne przedstawienie: tance z ogniem i nozami, bardzo rytmiczne tance grupowe.

Okolo 9:30 wsiedlismy znow na lodke. Bylo calkiem ciemno, ale widok gwiezdzistego nieba byl niesamowity. Nigdy nie widzialam Drogi Mlecznej tak dokladnie. Miliony gwiazd i galaktyk... Nie moglam nic innego robic niz podziwiac pieknosc nieba.


 - J | Kommentoi


©2017 Meidän matkat - suntuubi.com